Ferrari w garażu to też inwestycja

szanujmy dorobkiewiczów

Naszła mnie dziś pewna refleksja, w dodatku wielopunktowa… a ponieważ mam tendencję do skrótów myślowych, to dla mnie spore wyzwanie żeby tej notki nie uczynić sporym wyzwaniem dla Was. Ferrari w garażu to też inwestycja, zwłaszcza gdy robi się pieniądze na ogromną skalę.

Przeczytałam dziś rano wywiad z panem Filipiakiem, mądrym facetem, który ma wiele sensownych rzeczy do powiedzenia. Wywiad był niestety prowadzony w taki sposób, że po paru pytaniach miałam ochotę po prostu zamknąć stronę. Wytrzymałam do końca tylko po to, żeby zobaczyć czy Filipiak w końcu nie trzaśnie drzwiami.

Powiem szczerze – oburzył mnie sposób w jaki Sroczyński prowadził rozmowę. Z dwóch powodów. Po pierwsze – ja chciałam się czegoś dowiedzieć o Filipiaku, o jego podejściu do pieniądza, do biznesu, jak pokonywał kryzysy, jak radzi sobie z presją, dlaczego sąsiedzi go lubią itp. Chcę to wiedzieć, bo sama raczkuję z firmą i miło jest posłuchać starszego w biznesie kolegi. Po drugie – skala. To nie byle jaki rozmówca, to nie jest byle jakie medium, więc jako klient tej witryny oczekiwałam, że rozmowa nie będzie byle jaka. Zawiodłam się jako odbiorca, stąd moje poirytowanie. Filipiak sam broni się świetnie, choć „broni się” to złe słowo. On próbuje sensownie rozmawiać wbrew fali idiotycznych pytań.

Mama wszczepiła mi przekonanie, że do wszystkiego w życiu trzeba dojść własną pracą, w związku z czym nawet gdy byłam podlotkiem wiedziałam, że nie ma co liczyć na darmową kasę od nikogo. Jestem oczywiście wdzięczna rodzicom, że pomagali mi podczas studiów, ale nawet z ich wsparciem musiałam iść do pracy, zwłaszcza w momencie gdy dostałam się na drugi kierunek, i musiałam co weekend dojeżdżać z Krakowa do Warszawy. Nie śmiałam ich nawet prosić o więcej. Ja – moich rodziców. Z resztą jestem wdzięczna za to doświadczenie.

Tymczasem w wywiadzie pan dziennikarz śmiało sugeruje, że biznesmeni są źli, bo mają pieniądze i się nimi nie dzielą, a przecież ich stać. Mówi wręcz wprost – niech się pan dzieli pieniędzmi. Pan da, panie! No przecież to robi! Zatrudnia! Sroczyńskiego bolał też fakt, że Filipiak ma Rolls-Royce’a w garażu. Ma, bo inaczej bogaty kontrahent nie potraktowałby go poważnie. Nie uważacie, że to oczywiste? Czy na rozmowę kwalifikacyjną do wielkiej firmy zakładacie ortalion? Robienie pieniędzy kosztuje. A pieniądze robi się z ludźmi, a żeby poznać ludzi, trzeba się poruszać w środowisku tych z którymi pieniądze chce się robić. Miałam wrażenie, że tak oczywiste oczywistości są poza zasięgiem myśli Sroczyńskiego.

Podobnie jak znajomość ekonomii i praw rynkowych. A zamiast skupić się w rozmowie na działalności Filipiaka, zarzucał go wyciągniętymi na szybko przykładami złych przedsiębiorców. Szkoda słów. Ja się poczułam urażona tym wywiadem. Bo utożsamiam się z przedsiębiorcą, a tym czasem w rozmowie z nim reprezentował mnie koleś, którego naiwne podejście jest wręcz żenujące.

Wywiad podlinkowała na facebooku osoba, której wysokie gusta bardzo sobie cenię, i zachęcona jej komentarzem weszłam w artykuł. Moje rozczarowanie było wielkie, a zakładając, że znajoma prawdopodobnie zauważyła jak niski jest poziom tej rozmowy, użyłam odważnego skrótu myślowego, nie biorąc pod uwagę konsekwencji. Tak – czułam, że jesteśmy w prywatnej rozmowie, a tymczasem na komentarz zareagowała inna użytkowniczka, znajoma Sroczyńskiego, słusznie zwracając mi uwagę, że ocena jest zbyt ostra.

Istotnie było to nie na miejscu, nie przeczytałam całego dorobku intelektualnego dziennikarza, przez jego obrończynię nazwanego „prowokatorem”. Jednak uważam, że w tym wywiadzie jest prowokatorem równie dobrym co Internet Explorer przeglądarką - nikt nie chce widzieć wyskakujących okienek, a trzeba przetrzymać aż się załadują, żeby móc je w końcu zamknąć. Na swoją obronę – mój hejt nie był nieuzasadniony. W takim kontekście sama mogę nazwać siebie prowokatorem. Ale nie czuje się dobrze w tej roli, o wiele bardziej wolałabym przeczytać porządnie przeprowadzony wywiad i dać cichego lajka pod linkiem.

Myślę też, że najwyższy czas żebyśmy zmienili zdanie o dorobkiewiczach – to ludzie, którzy pokazują, że można, że się da, zaciskają zęby i wbrew kryzysom walczą dalej, dodatkowo pracują nad wzbogaceniem się kraju czyli przecież nas wszystkich, a jeśli do tego są mądrzy – można się od nich tylko uczyć. Skończmy z zawiścią o to, że komuś się udało. Dla mnie historie przedsiębiorców, którzy osiągnęli sukces są budujące i inspirujące, nawet jeśli każda z nich ma swój ciemny rozdział. Ale to już na inny wpis.

Jeśli ktoś jest ciekawy: http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,132748,14400594,Janusz_Filipiak__Milioner_ma_wygladac_na_milionera.html

AgMiecz

Agata Miecznikiewicz

Założycielka Inner Adventure, z wykształcenia religioznawca UJ i grafik designer. Life & Business Coach, zainteresowana tematyką kreatywności, jej działania i wpływu na aktywność i motywację człowieka. Mówca podczas konferencji SWPS. Jej największą inspiracją jest praca naukowa profesora Mihaly Csikszentmihalyi.

Dołącz do nas!

Zostaw odpowiedź

Bądź pierwszy!